Nareszcie! Stało się to co się stać miało. Wczoraj podpisałam ostateczną umowę notarialną i jestem właścicielką. ANR nie skorzystała z prawa pierwokupu. Część rzeczy jest już przewieziona. W "gratisie" dostaję 2 psy - duże, szczekające, bardzo dla nas przyjazne, ale ponoć mogą "dziabnąć", 3 koty chodzące własnymi drogami, przychodzące wieczorami na michę i kiedy zapragną odrobinę głasków, 8 kur i koguta, a także rodzinę bocianów - już malutki wystawia dziób, jedno z rodziców siedzi w gnieździe a drugie kołuje i szuka żarełka. Nasz żywy inwentarz to koń Eryk i maleńka suczka Scania - jeszcze szczeniaczek, ale już widać, że ma charakterek. Teren jak dla mnie ogromny, łąka zarośnięta bo ostatnio padało i nie można było kosić, ale jak tylko będzie można będzie skoszone. Rzeczka na granicy mojej działki zarośnięta olszynami (do wycięcia jesienią), trochę nawet przybrała od naszej ostatniej bytności i teraz woda sięga powyżej kostek. Ślady saren nad rzeką i to po "mojej" stronie. Cisza, spokój. Jest tak pięknie. Wczoraj, "z marszu" byłam w tartaku rozmawiać o ogrodzeniu i boksie dla Eryka. Trzeba mu będzie kupić kogoś do towarzystwa. Sołtysowi też się przedstawiłam, bardzo kontaktowy, zdecydowany i konkretny facet. Myślę, że będzie mi mógł pomóc w wielu sprawach. Zna ludzi, możliwości, także zdobycia gdzieś jakiejś gotówki, której na pewno mi zbraknie. Panowie, jak by to powiedzieć -"z ochrony sklepu" - patrzyli z nieukrywaną ciekawością gdy przejeżdżałam przez wieś z dotychczasowym właścicielem. Jak to na wsi, zaraz wszyscy będą wszystko wiedzieli. Miałyśmy się przeprowadzać z końcem czerwca gdy Natalka skończy szkołę. Teraz się zmieniło - muszę odebrać klucze już 14 czerwca i właściwie już od tego dnia powinnam tam mieszkać, bo inaczej coś komuś się przyda i nawet psy nie pomogą. Muszę w związku z tym "załatwić" opiekę dla Natalki na te kilka dni a sama tam pójść "na wygnanie". Coś się wykombinuje, jakieś pomysły mam. Jestem szczęśliwa, niesamowicie podekscytowana. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Spełniłam swoje i Natalki marzenie o posiadaniu domu. Nie mieszkania w bloku, bo takie miałam mieszkając jeszcze w mieście, ale domu. Gdzie będzie można rano wyjść przed dom z kawą, gdzie nie będzie słychać co sąsiad ma do powiedzenia sąsiadce i jakiej muzyki słuchają 3 klatki dalej. Gdy zechcę pójść na spacer to nie między "sznur" samochodów, tylko w łąki i pola. Zabawne. Powiedziałam Natalce, że gdy już będziemy w Lisach, pierwszego ranka wyjdę z kawą na dwór i zaśpiewam arię operową (nie umiem śpiewać). Zrobiłam to już wczoraj. Prosto od notariusza pojechałyśmy do Lisów bo jechały rzeczy z Lublina. Dotychczasowi właściciele pojechali jeszcze załatwić likwidację telefonu stacjonarnego i zgłosić do ZE, że zmienia się właściciel i trzeba spisać liczniki. Byłyśmy same z Natalką i zaśpiewałam arię torreadora z Carmen. Z tej wielkiej, kolosalnej radości, że to już jest moje. Pani Maria zrobiła nam ogródek. Malutki, bo już niewiele sadziła. ale jest sałata, rzodkiewka, cebula, czosnek, mięta. Na drzewach już zawiązki jabłek i gruszek.Niestety, nie będzie w tym roku orzechów. Mróz zważył pierwsze listki, drzewo wypuściło nowe, ale kwiatów nie było. Trudno. Jabłoniom, gruszom i śliwom nic nie było. Także maliny, porzeczki, agrest i borówka amerykańska wytrzymały. Zaraz po przeniesieniu do Lisów zasieję jeszcze późną marchew i buraczki ćwikłowe. Chcę także posadzić przynajmniej jedną czereśnię, wiśnię i jakieś krzewy ozdobne, pachnące - bez, może jaśminowiec, forsycję. W przyszłym roku będzie już także ogródek kwiatowy - chcę mieć dużo kwiatów. Pani Maria wiedziała, że wyjeżdża więc nic nie siała i sadziła. Zresztą ma 86 lat i naprawdę jestem pełna podziwu jak sobie świetnie dawała radę - wszędzie czyściutko, zadbane, żadnych rupieci. Gdy patrzę czasami na podwórka gospodarstw na wsi to jestem przerażona powszechnym bałaganiarstwem i beztroską szczególnie tam, gdzie są małe dzieci. Jakieś pordzewiały blachy, mnóstwo klamotów, wszystko co niepotrzebne wala się po podwórku, czasem nawet na samym środku. Oglądałam zresztą takie gospodarstwo, kiedy jeszcze byłam na etapie poszukiwań. 8 dorosłych osób a na podwórzu "bajzel na kółkach". Oferta do dziś wisi w internecie, choć cena była zupełnie przyzwoita. Teraz czeka mnie dużo załatwiania papierków, urzędy, brr!, porządkowanie tego co sama dam radę. A potem przeróbki i remonty.Wiem, że przede mną ogrom pracy, ale to jest praca dla mnie, na moim, po to aby mnie i Natalce żyło się dobrze. Znalazłyśmy swoje miejsce na ziemi.