Uff, człowiek nienawykły do prac fizycznych. Jestem skonana, a przede mną jeszcze ogrom pracy. Siedlisko jest ogromne, 1 ha, i niestety było (bo już nie jest) strasznie zarośnięte. Owszem podwórko skoszone, ale na bokach pokrzywa i barszcz mojego wzrostu (ułomek nie jestem, mam 1,70 m). Sama ścinałabym to do uśmiechniętej śmierci, więc poprosiłam o pomoc chłopaków ze wsi. Przyszli z kosami spalinowymi i w 3 dni uporali się z całością. Jak teraz pięknie. Ja natomiast wycinałam i zwijałam stary drut kolczasty (poprzedni właściciele chyba szykowali się na wojnę i robili zasieki). Nie ma nic gorszego i niebezpieczniejszego niż drut kolczasty, i dla ludzi i dla zwierząt. Nożyce do drutu i poszło. Dziś stwierdziłam, że zobaczę jak się mają moje maliny i porzeczki. Kiepsko. Ale tak naprawdę nic dziwnego. Zarośnięte toto zielskiem wyższym niż one, to i walczyć musiały o światło i wodę. Zrobiłam tam porządek i teraz nawet można wejść poszukać malin bez obaw poparzenia pokrzywą. Tutaj w Lisach działa stowarzyszenie, które ma za zadanie rozpropagować wieś w "dalszym świecie". Muszę powiedzieć, że byłam wczoraj na zebraniu i jestem pod dużym wrażeniem. Już 5 czy 6 raz organizują Lisowisko (6 lipca) - festyn , w sierpniu będą Zażynki - pokaz jak w dawnych czasach rozpoczynało się żniwa. W ogóle w powiecie gołdapskim sporo jest imprez kulturalnych, sportowych. Serdecznie wszystkich zapraszam, jeśli będziecie w pobliżu koniecznie przyjedźcie na nasze Lisowisko i Zażynki. A ja spokojnie, odpoczęłam po obiadku i idę dalej w chaszczory.
środa, 25 czerwca 2014
piątek, 20 czerwca 2014
Głową muru nie przebijesz? Zobaczymy
No i rozbiłam się o mur. Pozałatwiałam sprawy urzędowe (zameldowanie, deklaracja śmieciowa, podatek), zrobiłam podstawowe zakupy inwestycyjne i poczułam się u siebie. Dziś poszłam do gminy aby porozmawiać o moich planach przekształcenia budynku i zrobienia tutaj agroturystyki. Jedna z najbiedniejszych gmin, duże bezrobocie a w gminie siedzą "pierdzistołkowi przyjaciele królika" no i chyba się nie da. Owszem, chcą ściągnąć inwestorów, no ale gdyby pani miała choć 9 ha (średnia na tym terenie). Kurcze, nie mam. Mam 2 ha i wg mnie na działalność agroturystyczną wystarczy. Tym bardziej, że coraz bardziej skłaniam się ku działalności gospodarczej, bo jako rolnik to ja nic nie mogę. Nie jestem już "młodym rolnikiem", bo tam nie liczy się to, że dopiero zaczynasz przygodę z rolnictwem tylko wiek. Mogłeś przejąć świetnie prosperujące gospodarstwo po rodzicach, ale pomoc jako młody rolnik dostaniesz jak masz maks. 35 lat. No mam więcej, więc po herbacie. Sprzedawać to mogę tylko gołe płody, bo już nawet pokrojonych nie. Więc działalność gospodarcza. Chcę płacić podatki, przecież do pioruna w gminie. Ale "chyba raczej się nie da, zresztą to i tak możemy rozmawiać najwcześniej za miesiąc jak przyjdą dokumenty, i trzeba to zobaczyć, ale raczej chyba się nie da". To jest prawie cytat z urzędnika gminy. Cholera jasna, wójt jest obieralny, albo dobierze sobie pracowników, którzy będą kompetentni i będą służyć pomocą ludziom, albo niech się zastanowi po co jest wójtem. Chciałam żyć spokojnie, na wsi sielskiej, anielskiej, a muszę się zbroić i szykować do wojenki. Cóż, na ścianie budynku gospodarczego wiszą trzy kosy, postawimy na sztorc i dalej na... No właśnie, kiedyś było prosto, na Moskala, a teraz? Fakt, granica z Rosją bliziutko, to już jest strefa nadgraniczna. Urzędnik w takiej sytuacji powinien powiedzieć, że tego nie można, ale można to zrobić tak i tak. Chcę postawić stajnię? Nie mogę, nie dostanę pozwolenia bo nie mam uprawnień rolniczych. A kiedy będę miała? Za trzy lata. A po jaką anielkę mam mieć uprawnienia rolnicze do posiadania konia? Czy wszyscy, którzy mają stajnie np. pensjonatowe mają uprawnienia rolnicze? Co za bzdura. Dobrze, uzbroję się. Całe szczęście, że mam internet, który jest źródłem wiedzy wszelakiej. Poczytam, popytam i będę wiedziała. Ale jeśli się jednak da, to drżyjcie co poniektóre stołki w gminie, bo wam je wysadzę spod tyłków. Słyszałam od sołtysa i Jego żony, że w gminie ciężko jest coś załatwić. Wyżej jest starostwo, podobno bardziej pomocne i chętne do współpracy. Niestety, ja muszę zacząć od gminy, żeby uzyskać zgodę na przekształcenie budynku. Trzymajcie za mnie kciuki, a jak ktoś coś będzie wiedział to bardzo proszę o wiadomości. Nie znoszę jednak urzędników, choć 25 lat sama byłam urzędnikiem. Ale są urzędnicy i biurwy.
poniedziałek, 16 czerwca 2014
Nareszcie u siebie
Nareszcie u siebie, w Lisach. W sobotę przejęłam dom. Szybko, bo byłam spóźniona a dotychczasowi właściciele mieli przed sobą długą drogę do Szczecina. Zresztą tak się spieszyłam, że pewne urządzenie zrobiło mi jedno z najdroższych zdjęć. No trudno.I zaczęło się przenoszenie bagaży, rozpakowywanie itp. Jeszcze dużo przede mną. W niedzielę walczyłam z piecem, ale ogarnęłam temat ciepłej wody. Muszę koniecznie zainstalować termostaty na grzejnikach. Ale już mam wiele rzeczy, nawet jak widzicie internet. Mam kontakt ze światem. Wczoraj załatwiałam mnóstwo spraw formalno-urzędowych. Jak wyszłam z domu o 9 to wróciłam o 17,30. Wszędzie trzeba było czekać. Ale jesteśmy już z Natalią zameldowane, do szkoły jest zgłoszona, mam internet, telewizję - choć nie wiem kiedy będę ją oglądać, ale mam, a co. Zrobiłam też wczoraj większe zakupy w Giżycku. Niestety, trzeba się nauczyć robić zakupy raz na tydzień, bo nie będę przecież jeździć co chwila 30 km do dużego sklepu. Psy, po krótkiej wrogości zaakceptowały Scanię, a i ona tylko by z nimi ganiała po dworze. Kury się niosą, bociany klekoczą - w gnieździe 3 maluchy. Pole też mam skoszone, dziś będę przerzucać siano. W niedzielę poszłam z Cyganem (duży tubylczy pies) i Scanią na spacer. Przeszliśmy rzeczkę (woda po kostki) i dalej w pola. Cudnie. Maki, chabry i łany zbóż. Wyczaiłam gdzie Natalia będzie mogła jeździć konno. I prowadzę życie wiejskie - spać idę o 22 (bo padam), wstaję o 5 (bo słoneczko mi zagląda w okno). Porażająca jest cisza. To wprost nieprawdopodobne, że może być tak cicho, bez samochodów, ciężarówek, tylko ćwierkające, szczególnie wieczorem i rano, ptaki, kogut, (któremu już zagroziłam, że pójdzie na rosół bo męczy kury), klekot bocianów i od czasu do czasu szczekające moje wszystkie 3 psy - Scania, Cygan i Burek. Koty widuję rzadko - były, bo micha pusta. Muszę je jakoś nazwać, chociażby tylko dla własnej wiedzy. Mam jeszcze 8 kur i tego niegrzecznego koguta. A teraz wczesne śniadanko - jaja od własnych kur i do roboty. Siano nie może czekać, trzeba wykorzystać pogodę.
wtorek, 3 czerwca 2014
Już właścicielka
Nareszcie! Stało się to co się stać miało. Wczoraj podpisałam ostateczną umowę notarialną i jestem właścicielką. ANR nie skorzystała z prawa pierwokupu. Część rzeczy jest już przewieziona. W "gratisie" dostaję 2 psy - duże, szczekające, bardzo dla nas przyjazne, ale ponoć mogą "dziabnąć", 3 koty chodzące własnymi drogami, przychodzące wieczorami na michę i kiedy zapragną odrobinę głasków, 8 kur i koguta, a także rodzinę bocianów - już malutki wystawia dziób, jedno z rodziców siedzi w gnieździe a drugie kołuje i szuka żarełka. Nasz żywy inwentarz to koń Eryk i maleńka suczka Scania - jeszcze szczeniaczek, ale już widać, że ma charakterek. Teren jak dla mnie ogromny, łąka zarośnięta bo ostatnio padało i nie można było kosić, ale jak tylko będzie można będzie skoszone. Rzeczka na granicy mojej działki zarośnięta olszynami (do wycięcia jesienią), trochę nawet przybrała od naszej ostatniej bytności i teraz woda sięga powyżej kostek. Ślady saren nad rzeką i to po "mojej" stronie. Cisza, spokój. Jest tak pięknie. Wczoraj, "z marszu" byłam w tartaku rozmawiać o ogrodzeniu i boksie dla Eryka. Trzeba mu będzie kupić kogoś do towarzystwa. Sołtysowi też się przedstawiłam, bardzo kontaktowy, zdecydowany i konkretny facet. Myślę, że będzie mi mógł pomóc w wielu sprawach. Zna ludzi, możliwości, także zdobycia gdzieś jakiejś gotówki, której na pewno mi zbraknie. Panowie, jak by to powiedzieć -"z ochrony sklepu" - patrzyli z nieukrywaną ciekawością gdy przejeżdżałam przez wieś z dotychczasowym właścicielem. Jak to na wsi, zaraz wszyscy będą wszystko wiedzieli. Miałyśmy się przeprowadzać z końcem czerwca gdy Natalka skończy szkołę. Teraz się zmieniło - muszę odebrać klucze już 14 czerwca i właściwie już od tego dnia powinnam tam mieszkać, bo inaczej coś komuś się przyda i nawet psy nie pomogą. Muszę w związku z tym "załatwić" opiekę dla Natalki na te kilka dni a sama tam pójść "na wygnanie". Coś się wykombinuje, jakieś pomysły mam. Jestem szczęśliwa, niesamowicie podekscytowana. Znalazłam swoje miejsce na ziemi. Spełniłam swoje i Natalki marzenie o posiadaniu domu. Nie mieszkania w bloku, bo takie miałam mieszkając jeszcze w mieście, ale domu. Gdzie będzie można rano wyjść przed dom z kawą, gdzie nie będzie słychać co sąsiad ma do powiedzenia sąsiadce i jakiej muzyki słuchają 3 klatki dalej. Gdy zechcę pójść na spacer to nie między "sznur" samochodów, tylko w łąki i pola. Zabawne. Powiedziałam Natalce, że gdy już będziemy w Lisach, pierwszego ranka wyjdę z kawą na dwór i zaśpiewam arię operową (nie umiem śpiewać). Zrobiłam to już wczoraj. Prosto od notariusza pojechałyśmy do Lisów bo jechały rzeczy z Lublina. Dotychczasowi właściciele pojechali jeszcze załatwić likwidację telefonu stacjonarnego i zgłosić do ZE, że zmienia się właściciel i trzeba spisać liczniki. Byłyśmy same z Natalką i zaśpiewałam arię torreadora z Carmen. Z tej wielkiej, kolosalnej radości, że to już jest moje. Pani Maria zrobiła nam ogródek. Malutki, bo już niewiele sadziła. ale jest sałata, rzodkiewka, cebula, czosnek, mięta. Na drzewach już zawiązki jabłek i gruszek.Niestety, nie będzie w tym roku orzechów. Mróz zważył pierwsze listki, drzewo wypuściło nowe, ale kwiatów nie było. Trudno. Jabłoniom, gruszom i śliwom nic nie było. Także maliny, porzeczki, agrest i borówka amerykańska wytrzymały. Zaraz po przeniesieniu do Lisów zasieję jeszcze późną marchew i buraczki ćwikłowe. Chcę także posadzić przynajmniej jedną czereśnię, wiśnię i jakieś krzewy ozdobne, pachnące - bez, może jaśminowiec, forsycję. W przyszłym roku będzie już także ogródek kwiatowy - chcę mieć dużo kwiatów. Pani Maria wiedziała, że wyjeżdża więc nic nie siała i sadziła. Zresztą ma 86 lat i naprawdę jestem pełna podziwu jak sobie świetnie dawała radę - wszędzie czyściutko, zadbane, żadnych rupieci. Gdy patrzę czasami na podwórka gospodarstw na wsi to jestem przerażona powszechnym bałaganiarstwem i beztroską szczególnie tam, gdzie są małe dzieci. Jakieś pordzewiały blachy, mnóstwo klamotów, wszystko co niepotrzebne wala się po podwórku, czasem nawet na samym środku. Oglądałam zresztą takie gospodarstwo, kiedy jeszcze byłam na etapie poszukiwań. 8 dorosłych osób a na podwórzu "bajzel na kółkach". Oferta do dziś wisi w internecie, choć cena była zupełnie przyzwoita. Teraz czeka mnie dużo załatwiania papierków, urzędy, brr!, porządkowanie tego co sama dam radę. A potem przeróbki i remonty.Wiem, że przede mną ogrom pracy, ale to jest praca dla mnie, na moim, po to aby mnie i Natalce żyło się dobrze. Znalazłyśmy swoje miejsce na ziemi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)